: ()

Slawka

SŁAWKA

Hałyna Tkaczuk (1985)
Hałyna Tkaczuk urodziła się w sierpniu 1985 roku i odtąd po kolei nastawały dla niej czasy dobre i złe. I wszystko to, co wydawało się niemożliwe, przytrafiło się właśnie jej. Życie zmieniało się codziennie na wszystkie możliwe sposoby. Hałyna Tkaczuk czyta te książki, które ją znajdują, bardzo lubi piosenki zbudowane z ładnych wierszy i muzykę, w której jest powód do tańca.

Studentka Kijowsko-Mohylańskiej Akademii, zwyciężczyni konkursów Hranosłow (2001), Mołode wyno (2003), Kultrewansz (2004), Mołodi i tałanowyti (2004).

W roku 2006 ukazała się jej pierwsza książka.

Hałyna Tkaczuk, Sławka
Kalwaria, Lwów 2006
tłumaczenie: Anna Łazar

Hałyna Tkaczuk
ze Sławki

Kot

Rodzicom przyniósł mnie kot w butach. Zostałam znaleziona w rzece, a dokładniej w Południowym Bugu. Myślę, że gdzieś w trzcinach, tam dalej, trochę za Komsomolskim parkiem. Kiedyś wracałam wzdłuż Bugu do domu i znalazłam jedno miejsce, gdzie dziecko mogło dopłynąć. Jeśli dziecku chciałoby się płynąć od razu po urodzeniu. Właśnie stamtąd w nocy przyniósł mnie Kot w butach i oddał rodzicom. Przypuszczam, że nie dosłownie rodzicom, a po prostu położył mnie obok mojej mamy. Prawdopodobnie na szafce.

Początkowo Kot po prostu przyglądał się, jak niesie mnie woda, a potem, już zupełnie blisko brzegu, w tym miejscu, o którym wam mówiłam, złapał mnie pod ręce i wyciągnął z wody. Rozglądałam się ze zdziwieniem w ciemności i nikogo nie widziałam, bo Kot wyłowił mnie w tajemnicy i trzymał plecami do siebie. W ogóle nie bardzo lubię, kiedy trzyma się mnie pod pachy. Może od tego czasu, może jeszcze wcześniej też nie lubiłam. Chociaż, prawdę mówiąc, nie sądzę, abym miała dowiedzieć się, co było wcześniej. Kto mnie wrzucił do lipcowego Bugu?.. Ptaki?..

Kot położył mnie sobie na kolanach, na miękkim wełnianym kocyku i zaczął wycierać z wody. Pewnie wtedy płakałam.

Ciekawe, czy ktoś to usłyszał, czy podszedł, żeby przyjrzeć się tajemniczej postaci, schylonej nad mokrym dzieckiem w trzcinach?... Mogły to być chyba tylko jakieś ptaki

Potem zawinął mnie w inny suchy kocyk i w swój zrobiony na drutach sweterek, cały czas szepcząc jakieś imię.

Pamiętam, że było to dziwne imię męskie. Potem wszystko mi wyjaśnili: są wierzenia, że narodziny każdej duszy to ogromna rana, bo dusza zapomina imię Boga. Dlatego od razu po narodzeniu trzeba je cicho-cichutko wyszeptać

Nie wiem, może nasłuchiwałam, a może słowo było zupełnie inne. Może za każdym razem, kiedy Kot się do mnie nachylał, próbowałam złapać go za złoty kolczyk. Może już wtedy nauczyłam się tego, od ptaków Jeśli Kot nachyli się wystarczająco nisko A Kot się nachylił, bo było już bardzo, ale to bardzo ciemno.

A potem przycisnął mnie do piersi i biegł, biegł ciemnymi zakamarkami, zaczepiając o wszystkie rośliny swoją długą spódnicą, biegł, bo zaczynało mu się robić strasznie. Biegł, mówiąc sam do siebie: oto znalazłem dla swojego gospodarza jego królestwo, oto znalazłem dla niego dom i żonę, oto niosę mu jego dziecko. I płakał, cały czas płakał, biegł i płakał.

I wiecie, wydaje mi się, że to wcale nie był kot.
Z Lutego

**

Wybiegliśmy na swoją ulicę. Już świeciły latarnie.

Tak się zadyszałem, że musiałem przytulić się do ściany, żeby odpocząć.
Luty powiedział wtedy, że pokaże mi sztuczkę i z całej siły nacisnął mi na piersi.
Odpłynąłem i upadłem w śnieg.
Kiedy przyszedłem do siebie i wytarłem ślinę, która wypłynęła z moich otwartych ust, powiedziałem do Lutego:
- Jak odpływasz, to tak, jakbyś już zdechł!

Lutemu nie spodobały się te słowa. Odpowiedział ostro i bardzo powoli:
- Nawet nie możesz sobie wyobrazić, co to znaczy, jeśli naprawdę zdechniesz!

Przypominałem sobie atak Wasylija i odpowiedziałem:
- Mogę.

Luty zamyślił się i powiedział:
A tak w ogóle warto cały czas żyć, bo są tysiące pięknych spraw.

Zmyśliłem się i powiedziałem:
Na przykład jakie?

Luty zamyślił się i powiedział:
Na przykład: Niewypowiedzianna Radość.

No, chyba, że Niewypowiedzianna Radość, zgodziłem się.

**

Kiedy przyszedłem do domu, zastałem na swoim łóżku leżącego Wasylija
Ściągnąłem go stamtąd i szybko zasnąłem.

**

Następnego dnia był już pierwszy marca.
Przyszedłem do komórki Lutego, ale tam, oczywiście, był już zupełnie inny chłopiec.
Zapytałem go:
- Pan jest Marcem?
- Nie, jestem Bachmacz. To takie nazwisko.
- Wiem odpowiedziałem. Ja mam takie samo.

12
3456789
10111213141516
17181920212223
242526272829







229
349
86
2193
66