преса

Видання: «Інтернет-часопис «Потяг-76»»

Ksenia Charczenko (1984)

Ksenia Charczenko (1984)
ukraińska pisarka i dziennikarka. Ukończyła dziennikarstwo na Kijowskim Uniwersytecie Narodowym. W 2006 roku otrzymała nagrodę literacką czasopisma ?Suczasnist??. Publikowała w wielu ukraińskich czasopismach i antologiach, m.in.: ?Suczasnist??, ?Swiatyj Wołodymyr?, ?Potojbicz pauzy?. Autorka powieści ?Istorija? (2006). W 2007 roku była stypendystką projektu ?Homines Urbani? w krakowskiej Willi Decjusza.
Lista utworów:

O Sołomii i Jeremii

O Sołomii i Jeremii

Moja mama Sołomija i mój tato Jeremija poznali się w Mieście. Ona siedziała przy fontannie i głośno zawodziła, płacząc. On usiadł przy niej, zmusił do przedstawienia się, powiedział, że ma bardzo śmieszne imię, że ostatni raz płakał, kiedy miał jedenaście lat, a stało się to dlatego, że właśnie wtedy dowiedział się, że jego matka to niegodna kobieta. Ale to nic. Jeremija miał falujące ciemne włosy, za dużo zębów i śmieszny nos. Zmusił Sołomiję, żeby dała mu swoją rękę, podniósł ją do czubka głowy i wtedy namacał jej palcami dziurkę w swojej czaszce. Wyjaśnił, że ona jest na wylot i że czasem pulsuje. Zaśmiał się i poprosił, żeby się nie bała i więcej nie płakała, bo wszystko będzie dobrze i masz bardzo piękny uśmiech. Młoda dziewczyna uśmiechnęła się i dała się powąchać. On potrząsnął głową, odrzucił włosy na prawy bok, zamyślił się, wciągnął Sołomiję głębiej do płuc, mrugnął porozumiewawczo i pobiegł.

Mama zdała sobie sprawę, że ją parzy na paznokciach: spojrzenia spływały i zbierały się na opuszkach kropelkami, jak gotowe konfitury. I parzyły jak konfitury. Bo były jeszcze gorące. Moja mama, Sołomija Wasyliwna, zakochała się.

Mój ojciec, Jeremija Honczar, przyszedł do Wyspy po pięciuset siedemdziesięciu trzech dniach i piętnastu godzinach. Mama bała się, że zapach zmieni się albo zniknie, tato bał się, że krew z nosa nie pozwoli wywąchać narzeczonej. Ona była pewna, a jego włosy powoli stawały się rude ? tak na niego wpłynęła droga. Mimo pewności w swoje siły, ona przeżywała. Jej mąż miał być podobny do jej ojca, Wasyla. Ten zawsze chodził w kapeluszu z szerokim rondem, bo starał się chronić starą głowę. Na wojnie (zapomniano jednak, której) odcięło mu spory kawałek na czubku głowy, więc został tylko mózg pod skórą. Kiedy Sołomija dobrze się sprawowała, ojciec pokazywał jej, jak umie myśleć: pod skórą poruszały się zwoje i w pokoju robiło się goręcej niż zawsze. Dziewczynka bała się i uciekała. A potem wracała do taty, przepraszała i kładła rączkę na ranę. Kiedy było jej sześć lat, dłoń tam akurat swobodnie się mieściła, większej Sołomii to już się nie podobało, bo nie udawało się w pełni opanować ojcowskiego mózgu, a co on myślał, ona wiedziała i tak. Jednak kiedy Jer zaproponował jej swoją zupełnie maleńką dziureczkę, ona zmieszała się i pewnie tylko dlatego dała się powąchać, a potem długo myślała o tym, że jej mężczyzna już tak jest podobny do jej taty.

Sołomija bała się siebie, bo mogła wszystko zmusić, żeby się stało, pozbyło swojego ciała, serca i żeby się spełniło. I wszystko to spełniało się. A zwłaszcza zapachy. Najczęściej one, a poza tym ? tysiące drobiazgów i bardzo dużych rzeczy. Różnych, bardzo różnych rzeczy, ale one jednakowo spełniały się. Na przykład, marzyła, żeby być rybą i mężczyzną.

Sołomija zapominała o krwi na krzesłach, plamach na prześcieradłach, jedzeniu na talerzach. Ojca jej to strasznie drażniło. Bo jej najważniejsze ? ona sama ? zawsze było przy niej. Reszta ? co od niej ? jej nie obchodziła. A zwłaszcza jej brud. Bo brud tylko na początku jest brudem i tylko dla obcego, a dla siebie własny brud ? to ty, o której można zapomnieć. Bo przecież jest dużo ciekawszych rzeczy do spożycia, ich trawienie też jest znacznie ciekawsze. I w ogóle żyć jest ciekawie. I w ogóle pamiętasz tylko o tym, a nie o brudzie. ? Tak myślała moja mama, Sołomija, że zapominała o swoim brudzie, bo była najczystszą z kobiet. Bo wyszła z wody, nie z kobiety. Tak jakby.

Sołomija stawała się doroślejsza, kiedy robiły się większe jej piersi i bardziej szorstka skóra jej rąk. Jej piersi miałyby rosnąć przez całe jej życie, więc stara Sołomija zupełnie nie mogłaby ruszyć się z miejsca, cały czas musiałaby leżeć w łóżku, rozłożywszy suche, płaskie piersi po ciele aż do ud. Swoje starzenie się poznawała po tym, jak zmieniało się jej spojrzenie: swój wzrok Sołomija mogła czuć od środka. I to całe życie, a jeśli określić wiek, to tym bardziej. Więc kiedy Jeremija stał się jej synem, inaczej niż po macierzyńsku na niego patrzeć nie mogła.

Kiedy do Wyspy przyszedł Jeremija, już pierwszej nocy Sołomija zrozumiała, że wszystkie jej dzieci będą jednakowe. Mogła urodzić dziesiątki jednakowych dzieci. Zasmuciła się. I wyjaśniła swojemu płodowi całą trudność położenia: jej nie chciało się odchodzić, a dwaj mężczyźni z dziurkami w głowach i dwie kobiety wystarczą jeszcze na pół wieku. Płód zgodził się, żeby zaczekać, chociaż nie wiedział, że to na zawsze, po prostu słyszał, że to może być źle, jeśli dzieci są takie podobne do rodziców, wtedy znika ich sens, bo wszystko będzie jednakowe, nawet obcy ludzie, tacy przybysze jak mój ojciec, Jeremija Honczar, będą podobni do obcych mężczyzn i nie będą potrzebni, bo po co mąż, jeśli jest ojciec?

Ale Wasylowi nie było wszystko jedno. Co do mnie, pomyślał, to niech będzie u mnie wnuczka. I wtedy wziął jajeczko Sołomii i nasienie Jeremii, związał je w woreczek, zmusił do sparowania, przywiązał pod lewą pachą i poszedł z domu. Paraskewie powiedział, że idzie na łowy, zapewnił: nie martw się ? i poszedł. Dziewięć dni nie modlił się, nie mył się, nie jadł. A potem urodził mnie. Do domu mój dziadzio wrócił szczęśliwy.

Moja mama widziała mnie w swoich snach dwa razy: jeden raz, kiedy jeszcze była ze mną w ciąży, drugi ? nie.

Ona opowiadała pierwszy sen mojemu ojcu ? Jeremii Honczarowi, kiedy zbudziła się przestraszona.

? Dzisiaj przyśnił mi się taki sen. W ciąży siedzę na ławeczce między dwiema kobietami. Jedna trzyma na rękach niemowlę, druga ? przygotowuje się do porodu. Po jakimś czasie pierwsza podnosi się i zbiera się, żeby sobie pójść. Druga na nią zerka cały czas, a kiedy kobieta odeszła, wyciąga spod spódnicy pleciony woreczek, rozwiązuje sznureczki i wyjmuje stamtąd zabawkowe zwierzątko. Pieści je, mówi do niego czule, tuli. Ja jestem zdziwiona. A kobieta mi wyjaśnia, że pod spódnicą mam taki sam schowek, że w nim żyje taka sama mała istota i że to jest moje dziecko, że ja z nim jestem właśnie w ciąży. Wtedy ta pani chowa swoje zwierzę, ściska mi rękę i odchodzi. Ja się zmieszałam, ale zanurzam rękę między spódnice i ku swojemu zdziwieniu wyciągam stamtąd woreczek. W nim ? pomarańczowo-brunatny niedźwiadek. Ma jakoś nienaturalnie wykręcone łapki i jego twarz też jest dziwna. Wielkie oczy (jak węgielki ? nieokreślonego kształtu, bardzo-bardzo czarne), smutne, a usta szyte nitkami. One też są dziwne: górna warga uśmiecha się, dolna ? smuci się. Usteczka niezgrabne, jakiś partacz tym się zajmował ? myślę sobie. Bo przecież ja potrafię dużo lepiej, mam w ogóle dryg do takich zajęć. Ano, zaraz wszystko poprawię! Tylko co ja do igły ? wszystko zniknęło. Co to był za sen, Jero?

Niedługo po tym, jak mama Sołomija mnie poroniła, przyśnił jej się drugi sen, opowiadała go sobie dokładnie, żeby nikt nie usłyszał.

? Przychodzi do mnie rano moja matka, Paraskewa Stefaniwna, i mówi: Twoje dziecko jest na dworze w kapuście. Uratowano je, będzie mogło żyć. Chodź, zabierz, zanim nie jest jeszcze za późno. W pieluszkach ? drobne, sinawe stworzenie, niepodobne do niedźwiadka. Jest głodne. Myślę sobie: no, to biada, skoro skończyło mi się mleko, nie ma czym karmić. Po chwili widzę to dziecko w ogromnym przezroczystym szklanym garnku, pływa, jest maleńką ośmiornicą, niedonoszoną wyłupiastą, siną ośmiornicą w koronkowej czapeczce. I czym tu je karmić? A potem znowu widzę drobne człowieczątko. I czym tu je karmić?

Moje dziecko nigdzie się nie podziało. Ono jest gdzieś w pobliżu. ? Tak podsumowała moja mama, Sołomija. Od tej pory starała się pilniej wpatrywać w cudze oczy, a ja ? Hłykera Honczariwna ? pilniej obserwować i dalej się chować.

A mama moja była dziwną kobietą. Ona mocno przeżywała i przeze mnie, i przez siebie, a potem przestała i płakała tylko od czasu do czasu. Musiała czekać pół wieku, nie wiedziała, dlaczego tak się stało, jednak taki miała termin, źle, myślała moja mama, a jej mąż wybrał się na łowy, on nie musiał upolować wnuczki, tak myślał dziadek, więc gdzie poszedł? ? tak myśleli wszyscy: dwie kobiety i jeden mężczyzna. Ten, którego nie było, nie wiedział, że od niedawna myśli o nim jeszcze ktoś.

Któregoś ranka Jeremiję opanowało uczucie trwogi (głowa żony leży tam, gdzie dopiero co wielkim palcem opierał się o nogi) ? zew drogi (wszystko zaczęło pachnąć inaczej, a włosy przestały być rude). Tak, jakby tak: wszystko skończyć (koniecznie trzeba wszystko skończyć) i odejść. Kamień w wodę i idziesz. Powiedział mąż do żony:

? Muszę iść na łowy.

Długo przygotowywać się i chcieć w drogę, aż poczujesz, że już jesteś gotowy, że wytrzymać się nie da. Bo już tak pracował, żeby skończyć, że ręce wszystkie co do jednej popękały i nogi tak samo. Ale wszystko ? w przeczuciu, w oczekiwaniu. A potem ? podliczyć czas, który został zmarnowany na skończenie tego wszystkiego ? ostatniego, przeddrogowego ? odcinka życia, podzielić to na ilość dni przeżytych w ogóle: tyle zostało czasu, aby zakopać kamień w ziemię, niech się tam krząta ? tak myślał Jeremija ? i wtedy ? w drogę.

Powiedział obcy Jeremija swojej Sołomii:

? Idę na łowy. Uważaj na siebie.

I pocałował.

? Uuu ? pomyślał Wasyl Petrowycz ? Droga w nim się odezwała się, droga, patrzcie! Sam tak chciałem, sam tak chodziłem i co wychodziłem, co? Chyba kobiety do opiekowania się. To wybrała sobie męża, sama wybrała, że chodź teraz wiatr zaklinaj! Na łowy, patrzcie, wybrał się, na łowy...!

Kiedy Sołomija jeszcze nie wiedziała dokładnie, że jest w ciąży, zobaczyła chmurę. To była kobieta z długimi włosami w długiej sukni. Była przezroczysta i brzemienna. Biegła z rozcapierzonymi rękami i palcami. Ta chmura wyglądała na szczęśliwą kobietę.

Naprawdę jestem w ciąży ? pomyślała Sołomija. Od tej pory opowiadała swojemu dziecku o wszystkim, co się dzieje i co mogłoby być. Te drugie bajki podobały się maleństwu najbardziej.

Fragment książki "Istorija".

(tłum. Aneta Kamińska)

Пн Вт Ср Чт Пт Сб Нд
12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031







229 авторів
349 видань
86 текстів
2193 статей
66 ліцензій